projekt bez nazwy(16)

Jak nauczyć szacunku do żuków? Czyli pytanie do nauczycieli.

⏱ czyta się 6 minut

kopia – kopia – projekt bez nazwy(3)  Antonina Staroniewicz


To był chyba pierwszy wiersz Herberta, jaki przeczytałam. Nasza znajomość trwa więc już bardzo długo i przez ten czas zdążyłam nauczyć się na pamięć każdego jego słowa oraz zobaczyć, jak radzi sobie z interpretacjami literaturoznawców, towarzystwem innych utworów w zbiorach poezji, a nawet swoją obecnością w szkolnych podręcznikach. Mimo tego, za każdym razem, gdy się z nim spotykam oddziałuje na mnie tak samo silnie, wywołując specyficzne uczucie, którym reaguję tylko i wyłącznie na niego – moje wyjątkowe nostalgiczne wzruszenie Panem od przyrody:

 

Nie mogę przypomnieć sobie

jego twarzy

stawał wysoko nade mną

na długich rozstawionych nogach

widziałem

złoty łańcuszek

popielaty surdut

i chudą szyję

do której przyszpilony był

nieżywy krawat

on pierwszy pokazał nam

nogę zdechłej żaby

która dotykana igłą

gwałtownie się kurczy

on nas wprowadził

przez złoty binokular

w intymne życie

naszego pradziadka

pantofelka

on przyniósł

ciemne ziarno

i powiedział: sporysz

z jego namowy

w dziesiątym roku życia

zostałem ojcem

gdy po napiętym oczekiwaniu

z kasztana zanurzonego w wodzie

ukazał się żółty kiełek

i wszystko rozśpiewało się

wokoło

w drugim roku wojny

zabili pana od przyrody

łobuzy od historii

jeśli poszedł do nieba –

może chodzi teraz

na długich promieniach

odzianych w szare pończochy

z ogromną siatką

i zieloną skrzynią

wesoło dyndającą z tyłu

ale jeśli nie poszedł do góry –

kiedy na leśnej ścieżce

spotykam żuka który gramoli się

na kopiec piasku

podchodzę

szastam nogami

i mówię:

– dzień dobry panie profesorze

pozwoli pan że panu pomogę

przenoszę go delikatnie

i długo za nim patrzę

aż ginie

w ciemnym pokoju profesorskim

na końcu korytarza liści

(Zbigniew Herbert, Pan od przyrody z tomu Hermes, pies i gwiazda)

 

Interpretując go mówi się zwykle o sentymencie z jakim Zbigniew Herbert odnosił się do rodzinnego Lwowa i młodości spędzonej tam przed wojną. Mówi się o wspomnieniach dorosłego człowieka opowiadanych językiem dziecięcej mentalności. O zaszyfrowanym okrucieństwie wojny oraz o nostalgii, wrażliwości i niewinności, które zdają się przezwyciężać niesprawiedliwość historii. Ja jednak chciałabym zastanowić się nad czymś innym i skupić nie na podmiocie lirycznym, lecz na tytułowym bohaterze. Mianowicie, chcę pochylić się nad fenomenem pedagogicznym Pana od przyrody. Jego wyjątkowość jest bowiem źródłem piękna tego wiersza.

Co zatem go wyróżniało? Z pewnością darzył swój wykładowy przedmiot wielkim uczuciem, które przenikało go do głębi i czyniło przyrodę integralną częścią jego tożsamości – nawet próba opisania wyglądu niesie za sobą konieczność nawiązania do jego dziedziny: za życia nosi „nieżywy krawat” przyszpilony do szyi, a w Niebie spacerowałby „z ogromną siatką / i zieloną skrzynią”. Ale dlaczego stał się dla swoich uczniów autorytetem? Szacunek mógł wynikać z tego, że stał wysoko nad nimi nie tylko na swoich „długich rozstawionych nogach”, lecz także w zakresie doświadczenia i zdobytej wiedzy. Trzeba jednak czegoś więcej, by zdobyć sympatię i wdzięczność, którymi darzy go podmiot liryczny, by urosnąć do rangi przewodnika, który „wprowadza przez złoty binokular (…)”, mistrza, o którym później mówi się: „on pierwszy pokazał nam (…)”. Myślę, że chodzi tu o zaangażowanie – nie tylko nauczyciela przesiąkniętego swoim przedmiotem, lecz także o trudną sztukę zaangażowania uczniów, sprawienia, by coś tak drobnego jak kiełkowanie kasztana wiązało się z „napiętym oczekiwaniem”, poczuciem odpowiedzialności na miarę doczekania się potomstwa i euforią z odniesionego sukcesu. A może ukazanie się żółtego kiełka nie jest wcale tak błahe jak nam się wydaje? Może właśnie ta możliwość doświadczenia samemu, zobaczenia, dotknięcia, przeżycia czyniła lekcje przyrody tak wyjątkowymi? W tym kontekście powtarzane paralelnie wspomnienia zajęć: „on pierwszy pokazał nam / nogę zdechłej żaby (…)”, „on nas wprowadził przez złoty binokular / w intymne życie (…) / pantofelka”, „on przyniósł ciemne ziarno (…)”, „z jego namowy / w dziesiątym roku życia / zostałem ojcem (…)” – składające się przecież z empirycznych doświadczeń i bezpośredniego udziału – zdają się oznaczać: „on pokazał nam coś prawdziwego”, „on pozwolił nam w czymś uczestniczyć, coś osiągnąć, zbadać”, czy wreszcie: „on nas jako pierwszy traktował poważnie”. Uczniowie są więc wdzięczni za uczynienie edukacji czymś więcej niż oschłym intelektem, podręcznikową abstrakcją, szkolną biernością. Za nauczenie ich patrzenia na świat ze świadomością i zachwytem. Pan od przyrody dał im jednak coś więcej. Kształcąc w młodych ludziach postawę zaangażowaną pokazał im, że każde, nawet najmniejsze życie łączy się z odpowiedzialnością – niezależnie czy należy ono do troskliwie pielęgnowanego kasztana czy do jednego z uczniów – każde istnienie jest częścią świata, a więc ma na niego wpływ. Zatem nawet jeśli młodzież nie będzie w stanie pokonać „łobuzów od historii” i pomścić Pana od przyrody, mogą walczyć ze złem w skali owadziej, równie ważnej jak wielowiekowe dzieje ludzkich wojen, nauczycielowi zależało bowiem przede wszystkim na postawie uczniów, nie na ich osiągnięciach. To właśnie ich wrażliwość i współczucie będą podtrzymywać przy życiu profesora i jego naukę, będą chwilowym zwycięstwem szacunku nad pogardą, miłości nad obojętnością.

Pan od przyrody wiedział więc doskonale, jakiego młodego człowieka chce wychować. Czy współczesny nauczyciel też to wie? Czy też się nad tym zastanawia? Czy też zadaje sobie pytanie: jaką młodzież chcę ukształtować? Od tego przecież zależy wszystko, a odpowiedź nie wydaje się być zbyt trudna. Nie chodzi nam przecież o ludzi doskonale zdających egzaminy, potrafiących podporządkować się systemowi, tylko o osoby, no właśnie, jakie? Otwarte? Samodzielnie myślące? Pełne ideałów? Pewnie każdy wskazałby tutaj coś innego.

A ja? Ja chcę tylko tego co Pan od przyrody – młodzieży wrażliwej, nawet na problemy małych żuków. Zwłaszcza na nie.

Więcej o zmianach w edukacji przeczytasz tutaj.

kopia – kopia – projekt bez nazwy(3)
Antonina Staroniewicz

„Drogo za skrzydła się płaci – Ale bądźmy skrzydlaci” – pozwoliłam sobie obrać tę fraszkę Jana Sztaudyngera za swoją dewizę życiową. Wierzę, że powinniśmy wzlatywać ponad szarość i obojętność. Chcę, żeby każdego w konieczne do tego skrzydła wyposażała rodzina i szkoła – ja miałam to szczęście. Jestem tegoroczną maturzystką, która kończąc szkołę zamyka bardzo barwny i intensywny etap życia: Olimpiada Literatury i Języka Polskiego, konkursy recytatorskie, współprowadzenie audycji w Radio Rodzina… A co dalej? Co po liceum? Też jestem tego ciekawa!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *