Antonina Staroniewicz
Jest taki czas w naszym szczęśliwym kraju, gdy wszyscy jego mieszkańcy odrywają się na moment od własnych zajęć i kierują wzrok w stronę biało-czarnych postaci, przemykających po ulicach. Czas, gdy każdy, choć przez chwilę, zadaje sobie w duszy pytanie: Jakie były zadania? A gdy media przyniosą odpowiedź: Co bym napisał? Jak bym to rozwiązał? Który temat wybrał? Czas, gdy biało-czarna młodzież jest dla jednych okazją, by powrócić do własnych wspomnień, a dla innych złowieszczym przypomnieniem, że nieuchronnie nadejdzie też ich kolej…
W tym roku przyszedł czas na mnie.
W tym roku to dla mnie kwitły kasztany. W tym roku to ja musiałam przywdziać biało-czarny strój, właściwy dla naszego rytuału przejścia.
Bo czym innym jest matura, jeśli nie rytuałem przejścia właśnie? Oczywiście, jest też kluczowym egzaminem decydującym o przyjęciu na uczelnię, ale to jej młodsze, mniej znaczące oblicze. Kiedyś istotniejszą rolę odgrywały przecież egzaminy wstępne na studia, a jednak to właśnie matura doczekała się piosenek, filmów i wielkiego balu organizowanego sto dni wcześniej… Tak, matura jest przede wszystkim zjawiskiem kulturowym. Przez lata przeróżne mity, anegdoty i legendy obrosły ją bardzo gęsto, zostały w końcu zasadzone na żyznym gruncie egzaminacyjnego stresu przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Matura jest tajemniczą krainą kwitnących kasztanowców, do której prawie każdy Polak musi się udać, by stać się dorosłym. Na opowieściach osób, które powróciły z niej zwycięsko wychowywani są wszyscy uczniowie – ja również. Od kilku dni jednak nie słucham z wypiekami na twarzy i drżącymi dłońmi historii dawnych maturzystów. 18 maja Roku Pańskiego 2026 o godzinie 12:06 z mojej ławki zabrano ostatni wypełniony przeze mnie arkusz. Powróciłam z mitycznej krainy. Teraz ja również opowiadam swoje wspomnienia o maturze – czy jest coś bardziej „dorosłego”?
Rytuał przejścia, aby nie stracić swej mocy i siły oddziaływania, nie może być jednak łatwy. Nie chodzi mi tylko o skalę przygotowań – od miesięcy ja i moi rówieśnicy, zamknięci we własnych pokojach obrastaliśmy kolejnymi warstwami podręczników i notatek – ale przede wszystkim o ładunek emocjonalny, czyli o wielki, ogromny, rosnący z dnia na dzień, znacznie szybciej niż poziom naszej wiedzy, stres. Mam wrażenie, że atakuje on szczególnie dłonie. Każdy, kto widział palce maturzystów tuż przed egzaminem się ze mną zgodzi. Blade, zimne, drżące, spocone, zaciskane w pięści lub wyginane w dziwne strony, z paznokciami w czerwonych wiankach poobgryzanych skórek, trzymające niedawno wyrobiony dowód i cały arsenał długopisów, którymi – jak włócznią – będą próbować poskromić maturalnego smoka.
Tyle, że smoki nie istnieją. To tylko wytwór naszej kultury. Czy giermek musi zabić bestię, by stać się rycerzem? Czy matura musi być przerażającą walką z potworami?
Cóż, taki mamy rytuał przejścia. I choć wiele rzeczy trzeba jeszcze w samym egzaminie poprawić, wierzę, że jest on potrzebny. Nie musimy go jednak nazywać walką ze „straszydłem”: stresem, presją, punktami na studia. Matura to przecież zjawisko kulturowe – tu nie chodzi o smoki, ale o opowieści o nich. O doświadczenie przekazywane z pokolenia na pokolenie. O dojrzewanie. O poczucie, że pokonało się potwora.
Nie traktujmy więc matury jak smoka, ale jak zbiór baśni – tych starych i tych, które są dopiero tworzone. Każde ważne doświadczenie to przecież opowieść, która pomaga oswoić niesprzyjającą rzeczywistość. Dlaczego rodzice uważają, że tylko małe dzieci potrzebują baśni? Nie chodzi w nich przecież o fantastyczne stwory, wystarczy przeczytać tę myśl G.K. Chestertona, by zrozumieć ich prawdziwy sens:
Baśnie nie dają dziecku jego pierwszego pojęcia o straszydle. To, co baśnie dają dziecku, to jego pierwszy jasny obraz możliwego pokonania straszydła. Dziecko znało smoka bardzo dobrze, odkąd miało wyobraźnię. To, co baśń mu zapewnia, to św. Jerzy, który zabija smoka.
„Smoka” – stres, obawy, presję, każdy maturzysta ma w sobie samoistnie. Wsparcie bliskich może jednak wpisać te lęki w „baśń” pełną wiary we własne możliwości i poczucia bezpieczeństwa – przecież każda baśń kończy się dobrze.
Od rodzin maturzystów zależy więc, jaką postać przyjmie nasz ojczysty rytuał przejścia. Niewątpliwe każdy rodzic denerwuje się nim tak samo, a może nawet jeszcze bardziej niż jego dziecko. Wszyscy rozumieją doniosłe znaczenie „egzaminu dojrzałości”. Dlaczego jednak tylko niektórzy dostrzegają w nim okazję do pogłębiania relacji, budowania bliskości? Kluczową rolę zawsze odgrywa przecież obecność, chęć uczestniczenia w walkach, jakie musi stoczyć maturzysta, zrozumienie potrzeb, rezygnacja ze zdystansowanego dawania rad. Zamiast zmuszać mnie do gorączkowego powtarzania w ostatni dzień przed maturą, moi rodzice zabrali mnie na długi spacer po parku. Zamiast powtarzać, że sen jest ważny, moja Babunia czuwała razem ze mną przez całą noc, gdy nie mogłam zasnąć, zestresowana przed jednym z egzaminów. Brak ostatnich, nerwowych powtórek, nie sprawił, że coś na maturze mnie zaskoczyło. Niewyspanie nie utrudniło mi koncentracji podczas pisania. Świadomość, że nie muszę walczyć sama z egzaminacyjnym smokiem, okazała się dla mnie źródłem siły. Poczucie, że – tak jak moi bliscy kilkadziesiąt lat temu – tworzę własną baśń o maturze, która zostanie ze mną nawet, gdy przekwitną kasztany, pomogło mi wierzyć w wartość zdobywanej przez lata wiedzy.
Rytuał przejścia może być więc piękny. Matura może być historią, którą, mimo doświadczenia wielu trudnych emocji, opowiada się z przyjemnością. Musimy tylko przestać sprowadzać wytwory naszego ojczystego systemu edukacji do nierealnych potworów, ale dostrzec w nich to co najważniejsze – szansę na budowanie wspólnoty. Skoro matura jest zjawiskiem kulturowym, dlaczego nie może być też doświadczeniem rodzinnym, jak święta, rocznice albo czytanie baśni?
Więcej o edukacji przeczytasz tutaj.
Antonina Staroniewicz
„Drogo za skrzydła się płaci – Ale bądźmy skrzydlaci” – pozwoliłam sobie obrać tę fraszkę Jana Sztaudyngera za swoją dewizę życiową. Wierzę, że powinniśmy wzlatywać ponad szarość i obojętność. Chcę, żeby każdego w konieczne do tego skrzydła wyposażała rodzina i szkoła – ja miałam to szczęście. Jestem tegoroczną maturzystką, która kończąc szkołę zamyka bardzo barwny i intensywny etap życia: Olimpiada Literatury i Języka Polskiego, konkursy recytatorskie, współprowadzenie audycji w Radio Rodzina… A co dalej? Co po liceum? Też jestem tego ciekawa!

