projekt bez nazwy(5)

Szkoła ucząca życia. Wiedzieć już nie wystarcza

⏱ czyta się 10 minut

81 procent Polaków uważa, że szkoła powinna uczyć praktycznych umiejętności potrzebnych w życiu. To mocny sygnał. Tym bardziej, że od września wracają zajęcia praktyczno-techniczne. Pytanie tylko, czy za zmianą nazwy pójdzie prawdziwe doświadczenie ucznia: praca maualna, próbowanie, poprawianie i radość z rzeczy zrobionej samodzielnie.

81 procent. To daje do myślenia

Najnowszy raport „Szkoła do życia”, przygotowany przez Centrum Edukacji Obywatelskiej wraz z partnerami badawczymi, pokazuje bardzo wyraźnie, czego oczekujemy dzisiaj od szkoły. 81 procent badanych wskazuje praktyczne umiejętności potrzebne w życiu, 80 procent przygotowanie do pracy i życia zawodowego, a 79 procent przekazywanie wiedzy o świecie. Badanie przeprowadzono w marcu 2026 roku na reprezentatywnej próbie tysiąca osób.

Ten wynik mnie nie dziwi. Jednak bardziej zastanawia mnie, jak doszło do tego, że przez lata tak mocno przyzwyczailiśmy się do szkoły, w której uczeń wiele rzeczy potrafi opisać, ale znacznie rzadziej ma okazję sam ich doświadczyć. Może dobrze rozwiązać zadanie z procentów, a nigdy nie planował prostego budżetu. Zna zasadę działania obwodu elektrycznego, ale nie miał przewodów w ręce. Uczy się o materiałach, energii i technologii, lecz rzadko musi coś zaprojektować, wykonać, a później zastanowić się, dlaczego nie wyszło tak, jak zamierzał.

Wiedza jest potrzebna i nie mam najmniejszej wątpliwości, że szkoła powinna ją przekazywać. Tyle że dobrze byłoby, gdyby nie kończyła swojej drogi razem z zamknięciem podręcznika.

Oulu. Najbardziej zapamiętałem pracownie

Kilka lat temu w ramach programu Erasmus+ uczestniczyłem w job shadowingu w szkole podstawowej w fińskim Oulu. Widziałem wcześniej wiele szkół, dlatego sam nowoczesny budynek nie był już czymś, co mogło zrobić na mnie szczególne wrażenie. Tam zatrzymała mnie przede wszystkim liczba pracowni.

Była kuchnia, w której rzeczywiście przygotowywano posiłki, miejsca do pracy z drewnem i metalem, ceramika, tekstylia, muzyka oraz przestrzenie artystyczne. Nie były to zwykłe sale, którym nadano atrakcyjną nazwę. Wchodziło się do pomieszczenia i od razu było wiadomo, że tutaj będzie się coś robiło.

Pamiętam, że chodziłem po tych pracowniach i myślałem o polskich szkołach. O naszych salach, planach lekcji, podstawach programowych. W Finlandii zobaczyłem bardzo wyraźnie, że samodzielności również można uczyć. Uczeń nie tylko dowiaduje się, jak wygląda codzienne życie, ale część tych umiejętności po prostu ćwiczy.

Nie jest to przypadkowy dodatek do fińskiej edukacji. W tamtejszej podstawie programowej znajdują się między innymi crafts oraz home economics, czyli rzemiosło i gospodarstwo domowe, a sama edukacja mocno akcentuje rozwiązywanie problemów, samodzielność i kompetencje potrzebne w codziennym życiu.

Może właśnie to zostało ze mną po tamtej wizycie najbardziej: pytanie nie tylko o to, czego uczeń powinien się dowiedzieć, ale również o to, co po ukończeniu szkoły powinien umieć zrobić sam.

Od ZPT do ZPT

Polska szkoła ma przecież własną tradycję takiego uczenia. Wielu pamięta dawne ZPT, czyli zajęcia praktyczno-techniczne. Było majsterkowanie, szycie, praca z drewnem i metalem, czasem gotowanie. Potem zmieniały się nazwy przedmiotów i podstawy programowe, pojawiła się „praca-technika”, później technika, a wraz ze zmianami coraz częściej znikały również szkolne warsztaty i specjalistyczne pracownie.

Nie zamierzam idealizować dawnej szkoły. Miała swoje słabości. Warto jednak przypomnieć przekonanie, które było wtedy bardziej obecne: dziecko uczy się również rękami.

Od 1 września 2026 roku zajęcia praktyczno-techniczne wracają. Mają być prowadzone bardziej praktycznie, w dłuższych blokach, z większym udziałem projektowania, wykonywania i naprawiania. Przyjmuję tę zmianę z nadzieją, ale od razu pojawia się bardzo konkretne pytanie: gdzie uczniowie będą to wszystko robić?

Praktycznej edukacji nie da się zbudować wyłącznie zapisem w podstawie programowej. Do ceramiki potrzebna jest glina, narzędzia i piec. Do pracy z drewnem odpowiednio przygotowane stanowisko. Elektronika, robotyka czy gotowanie również wymagają zaplecza. Najważniejszy pozostaje oczywiście nauczyciel, który potrafi stworzyć sytuację, w której uczeń sam podejmuje działanie, a nie jedynie ogląda, jak robi to ktoś inny.

„Zrób to sam”. Może właśnie wtedy się zaczęło

Kiedy zastanawiam się, skąd u mnie takie przywiązanie do praktycznego uczenia, wracam jeszcze do własnego dzieciństwa. Bardzo chętnie oglądałem program Adama Słodowego „Zrób to sam”.

Pamiętam karton, drut, kawałki drewna, klej i najprostsze narzędzia. Z rzeczy, które zwykle były gdzieś pod ręką, można było zrobić coś nowego. Najciekawsze zaczynało się jednak już po programie, bo człowiek sam chciał spróbować. Oczywiście nie zawsze wychodziło tak jak w telewizji. Czasem coś było krzywe, czasem nie chciało się trzymać, czasem trzeba było zacząć od początku.

Nie znałem wtedy pojęć sprawczości, kreatywności czy uczenia się poprzez rozwiązywanie problemów. Po prostu miałem frajdę z tego, że sam mogłem coś wykonać.

Do dziś pamiętam tę dziecięcą ciekawość i myślę, że szkoła bardzo jej potrzebuje.

Fot. PAP/MACIEJ BELINA BRZOZOWSKI
Fot. PAP/MACIEJ BELINA BRZOZOWSKI

Glina, mikrofon i aparat

Kiedy wiele lat później tworzyłem zespół szkół, wiedziałem, że w pierwszych klasach szkoły podstawowej chcę mieć regularne zajęcia z ceramiki. W świecie, który już wtedy szybko stawał się cyfrowy, wydawało mi się szczególnie ważne, aby dziecko miało również kontakt z materiałem. Glina stawia opór, wymaga cierpliwości, nie wszystko pozwala zrobić od razu.

Zatrudniliśmy osobę, która potrafiła świetnie pracować z dziećmi. Kupiliśmy piec, stworzyliśmy miejsce do suszenia i wypalania. Z czasem pojawiały się zwierzęta, rośliny, owoce, kubki, talerze, figurki czy elementy bożonarodzeniowej szopki. Proces był równie ważny jak efekt: od pierwszego pomysłu, przez lepienie i poprawianie, aż po wypalanie i szkliwienie. Czasami jakaś praca pękała albo po wyjęciu z pieca wyglądała inaczej, niż dziecko sobie wyobrażało. Wtedy trzeba było zastanowić się, co się wydarzyło, i przy następnej pracy spróbować inaczej.

Gotowe przedmioty trafiały do specjalnie przygotowanej przestrzeni wystawienniczej. Każdy był podpisany. Dzieci prowadziły tam rodziców, pokazywały swoje prace i oglądały to, co stworzyli inni. Najbardziej pamiętam właśnie ich dumę i radość. Nie wielkie słowa o kompetencjach przyszłości. Zwyczajne: „To moje. Ja to zrobiłem”.

Praktyczną edukację rozumieliśmy jednak znacznie szerzej. Powstało profesjonalne studio nagrań audio z mikrofonami, mikserem, słuchawkami oraz możliwością nagrywania i montowania dźwięku. Młodzi mogli przygotować wypowiedź, przeprowadzić rozmowę, później jej posłuchać i zobaczyć, co warto poprawić. Mikrofon bardzo szybko uczy pokory. To, co zapisane wygląda dobrze, po wypowiedzeniu nie zawsze brzmi równie dobrze. Trzeba czasem skrócić zdanie, lepiej postawić pytanie, posłuchać rozmówcy i zacząć jeszcze raz.

Stworzyliśmy również pracownię fotograficzną z własnym atelier, lampami, tłami i aparatami. Tam uczniowie mogli zobaczyć, jak wiele zmienia światło, ustawienie człowieka, kadr czy perspektywa. Nie każde zdjęcie wychodziło. Czasami było prześwietlone, innym razem światło padało zupełnie inaczej, niż planowano. I znowu pojawiało się najważniejsze pytanie: co zmienić?

Każda szkoła będzie oczywiście wybierała własną drogę. Jedna mocniej postawi na robotykę, inna na fotografię, ceramikę, elektronikę, druk 3D, multimedia czy technologie dronowe. Najważniejsze, żeby znalazło się w niej choć kilka miejsc, w których uczeń może coś zrobić sam, a nie tylko o tym usłyszeć.

Kiedy wiedza naprawdę zaczyna się przydawać

Andreas Schleicher z OECD od lat zwraca uwagę na rzecz bardzo prostą:

„Coraz mniej wystarcza sama wiedza; znaczenie ma to, co człowiek potrafi z nią zrobić”.

I chyba każdy nauczyciel zna ten moment, kiedy wiedza nagle „ożywa”. Uczeń może znać zasadę działania obwodu elektrycznego, ale dopiero wtedy, gdy żarówka nie świeci, zaczyna naprawdę szukać odpowiedzi. Może znać właściwości drewna, lecz kiedy dwa elementy konstrukcji do siebie nie pasują, teoria zaczyna być potrzebna tu i teraz.

Wtedy nauka przestaje być tylko przygotowaniem do sprawdzianu.

Kiedy patrzę na to, czego młodzi mogą potrzebować za kilka czy kilkanaście lat, widzę podobny kierunek. Future of Jobs Report 2025 zwraca uwagę między innymi na kreatywne myślenie, elastyczność, ciekawość i kompetencje technologiczne. To umiejętności, których trudno nauczyć się wyłącznie przez słuchanie i zapisywanie.

Dlatego współczesne ZPT widziałbym jako miejsce, w którym praca manualna spotyka się z myśleniem, technologią i rozwiązywaniem problemów.

Robot, który najpierw nie działał

Lubię historię opowiedzianą później w filmie „Spare Parts”. Czterech uczniów publicznej szkoły w Phoenix zbudowało podwodnego robota z dostępnych, niedrogich części. Konstrukcja była testowana i poprawiana, a podczas jednej z pierwszych prób robot zwyczajnie uderzył w ścianę basenu.

Właśnie ten moment interesuje mnie bardziej niż sam finał. Co robi młody człowiek, kiedy jego pomysł nie działa? Czy kończy pracę, czy zaczyna szukać przyczyny?

Ci uczniowie szukali. Poprawiali robota, testowali kolejne rozwiązania i w 2004 roku wygrali zawody w swojej kategorii, pokonując między innymi zespół MIT.

Łatwo zapamiętać sensacyjne zdanie, że licealiści wygrali ze studentami jednej z najlepszych uczelni technicznych świata. Dla mnie ciekawsze jest to, co wydarzyło się wcześniej. Oni musieli przejść przez błąd, frustrację, poprawianie i kolejną próbę. Nikt nie mógł podać im gotowej odpowiedzi z końca podręcznika.

I właśnie takich doświadczeń chciałbym w szkole więcej.

Potrzebujemy pracowni

Dlatego cieszę się z powrotu ZPT, ale za kilka lat nie chciałbym zobaczyć napisu „pracownia ZPT” na drzwiach zwykłej sali z ławkami.

Potrzebujemy dobrze przygotowanych miejsc do działania. Jedna szkoła może postawić na technikę i robotykę, inna na gotowanie, ceramikę czy fotografię. Ważne, żeby uczeń miał gdzie próbować, tworzyć i doświadczać. Potrzebujemy też nauczycieli, którzy będą umieli towarzyszyć młodemu człowiekowi także wtedy, kiedy jego pierwsza próba się nie powiedzie.

I chyba warto wyjść jeszcze dalej poza sam przedmiot ZPT. Zastanowić się, ile podczas zwykłego tygodnia szkolnego uczeń naprawdę działa. Czy projektuje, buduje, fotografuje, nagrywa, programuje, eksperymentuje? Czy czasem musi sam znaleźć rozwiązanie, zamiast odtworzyć to, które wcześniej podał nauczyciel?

Jeżeli większość energii dziecka pochłoną przedmioty, w których przede wszystkim siedzi, słucha, zapisuje i odtwarza, dwie godziny ZPT niewiele zmienią.

81 procent Polaków oczekujących od szkoły praktycznych umiejętności mówi nam właściwie coś bardzo prostego:

„Przygotujcie młodych nie tylko do następnego sprawdzianu, ale również do życia”.

Uczeń nie musi opuszczać szkoły jako stolarz, elektryk, fotograf, ceramik, realizator dźwięku, programista i operator drona jednocześnie. Ważniejsze, żeby nie bał się spróbować, potrafił coś zaplanować, korzystać z narzędzi i współpracować. A kiedy coś nie wyjdzie, żeby zamiast szybkiego „nie umiem” pojawiła się ciekawość: może da się zrobić to inaczej?

I żeby od czasu do czasu mógł spojrzeć na efekt swojej pracy i powiedzieć z prostą, dziecięcą dumą i radośćią:

„Zrobiłem to sam”.

To przecież może być jedna z tych lekcji, które naprawdę zostają na całe życie.

obraz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *