projekt bez nazwy(38)

Cudzoziemiec w naszej szkole. Czy jesteśmy gotowi?

⏱ czyta się 9 minut
obraz

Do polskiej szkoły coraz częściej przychodzi dziecko, które nie zna języka, nie rozumie naszych szkolnych zwyczajów, czasem ma za sobą ucieczkę przed wojną, czasem po prostu przeprowadzkę rodziców. Możemy je zapisać do dziennika. Jednak trudniejsze zadanie zaczyna się później. Jak sprawić, żeby mogło się uczyć, nawiązać relacje i po pewnym czasie naprawdę poczuć się częścią szkoły?

Najpierw język, ale nie tylko język

Niedawno rozmawiałem z osobą, której dwóch synów rozpoczęło naukę w niemieckiej szkole. Jeden miał pójść do trzeciej, drugi do piątej klasy. Po zameldowaniu z przyjęciem nie było większego problemu. Od początku było jednak wiadomo, że chłopcy potrzebują rocznej, intensywnej nauki niemieckiego i czasu na wejście w nowe środowisko. Jeden mógł korzystać z odpowiedniej klasy blisko domu, drugi musiał dojeżdżać do centrum miasta, ponieważ w najbliższej szkole takiej możliwości nie było.

Moją uwagę zwróciło jednak to, że od początku potraktowano naukę języka jako konieczną część przyjęcia chłopców do szkoły. W Bawarii funkcjonują między innymi Deutschklassen, przeznaczone dla uczniów, którzy przyjechali z zagranicy i nie znają jeszcze niemieckiego na poziomie pozwalającym w pełni uczestniczyć w lekcjach w klasie regularnej. Nauka języka zajmuje tam ważne miejsce, ale uczniowie mają też kontakt z innymi zajęciami i rówieśnikami. Celem jest przejście do klasy regularnej, gdy będą na to gotowi.

Dziecko powinno więc uczyć się języka i równocześnie uczestniczyć w życiu szkoły. Zbyt długie pozostawienie go wyłącznie w osobnej grupie może przecież utrudnić to, czemu miało służyć.

Kiedy słuchałem tej historii, wróciłem myślami do marca 2022 roku.

Marzec 2022 roku ciągle pamiętam

Przełom lutego i marca 2022 roku pamiętam bardzo dobrze. Byłem wtedy dyrektorem zespołu szkół. Przez kilka tygodni w drzwiach mojego gabinetu pojawiały się matki z dziećmi przybywającymi z Ukrainy, a uciekające przed Rosyjską agresją. Przedszkole, szkoła podstawowa, liceum. W krótkim czasie przyjęliśmy blisko sto dzieci i młodych ludzi.

Pytań było mnóstwo. Do której klasy przyjąć? Jak oceniać? Co zrobić z różnicami programowymi? Jak uczyć dziecko, które prawie nie zna polskiego? Jak rozmawiać z jego mamą? I jeszcze coś, co szybko okazało się równie ważne: co zrobić, żeby uczeń, który niedawno zostawił dom, szkołę i kolegów, nie czuł się u nas jak ktoś przypadkowy?

Mieliśmy wtedy sporo szczęścia. Razem z dziećmi pojawili się ukraińscy nauczyciele. Jedną z tych osób była polonistka związana wcześniej z Uniwersytetem Lwowskim. Dzięki niej mogliśmy szybko rozpocząć dodatkową pracę z uczniami, którzy języka polskiego prawie wcale nie znali. Bardzo pomógł też wyjazd na białą szkołę. Rodzice naszych uczniów ufundowali pobyt wielu dzieciom z Ukrainy. Przez kilka dni wszyscy byli razem: lekcje, wycieczki, jazda na nartach, posiłki, rozmowy, zwyczajne szkolne życie. Języka można uczyć na dodatkowej lekcji, ale wejście do grupy dokonuje się także przy stole, podczas wycieczki, zabawy czy zwykłej rozmowy.

Wiele decyzji podejmowaliśmy wtedy z dnia na dzień. Nie było czasu na wielkie modele integracyjne. Były konkretne dzieci, konkretne rodziny i konkretne problemy do rozwiązania.

To już nie jest sytuacja wyjątkowa

Cztery lata później trudno nadal myśleć o uczniach z zagranicy wyłącznie przez pryzmat wojny w Ukrainie. Najnowszy raport Centrum Edukacji Obywatelskiej i International Rescue Committee Polska, oparty na danych Systemu Informacji Oświatowej z kwietnia 2026 roku, pokazuje, że w polskich szkołach podstawowych i ponadpodstawowych uczy się blisko 246 tysięcy uczniów-cudzoziemców. Około 210 tysięcy pochodzi z Ukrainy, a ponad 35 tysięcy z innych państw. Uczniowie-cudzoziemcy uczą się już w 68 procentach szkół.

To zmienia perspektywę. Nie mówimy już o rozwiązaniu przygotowanym na czas jednego kryzysu. Dyrektor szkoły powinien być przygotowany również na sytuację, w której do sekretariatu przyjdzie rodzina z Ghany, Hiszpanii, Indii czy Wielkiej Brytanii i powie po prostu: mieszkamy teraz tutaj i chcemy zapisać dziecko do szkoły.

Polskie przepisy przewidują dodatkową naukę języka polskiego, zajęcia wyrównawcze, oddziały przygotowawcze, a także możliwość wsparcia przez osobę znającą język kraju pochodzenia ucznia. Możliwości więc mamy. W praktyce potrzebny jest jeszcze nauczyciel, odpowiednia liczba godzin, czasem dodatkowa osoba do pomocy i przede wszystkim dyrektor, który chce i potrafi to wszystko zorganizować.

Uczeń może siedzieć w klasie i nadal niewiele z niej mieć

Samo zapisanie do szkoły nie rozwiązuje problemu. Uczeń może dość szybko nauczyć się polskiego potrzebnego podczas przerwy czy w sklepie, a jednocześnie przez długi czas mieć trudności ze zrozumieniem polecenia z biologii, tekstu historycznego albo napisaniem dłuższej odpowiedzi. Do tego dochodzą relacje z rówieśnikami i kontakt szkoły z rodziną.

Max Antony-Newman z Sheffield Hallam University i Sarfaroz Niyozov z University of Toronto przeprowadzili metasyntezę 34 recenzowanych badań z Kanady i Stanów Zjednoczonych dotyczących doświadczeń edukacyjnych uczniów uchodźczych. Badacze wskazali między innymi bariery językowe, niewłaściwe przypisywanie uczniów do klas, zbyt niskie oczekiwania części nauczycieli, brak specjalistycznego wsparcia po traumatycznych doświadczeniach oraz nieporozumienia w komunikacji pomiędzy szkołą a rodziną.

Co ważne, z ich analizy nie wynika jedna organizacyjna recepta dobra dla wszystkich. Znaczenie ma przede wszystkim to, jakie wsparcie uczeń rzeczywiście otrzymuje.

Dziesięciolatek, który przyjechał z Hiszpanii razem z rodzicami podejmującymi pracę we Wrocławiu, znajduje się przecież w innej sytuacji niż piętnastolatek uciekający przed wojną. Nawet rodzeństwo z tej samej rodziny może inaczej przechodzić zmianę kraju i szkoły. Trzeba więc rozpoznać, jakiej pomocy potrzebuje dany uczeń.

Włochy próbują regulować proporcje

Ciekawa, a jednocześnie budząca spory dyskusja trwa właśnie we Włoszech. 24 września 2026 roku włoska Rada Ministrów, kierowana przez premier Giorgię Meloni, zatwierdziła dekret dotyczący szkół, w którym znalazły się również rozwiązania dotyczące uczniów z zagranicy. Od roku szkolnego 2027/2028 w klasach rozpoczynających dany etap edukacyjny ma obowiązywać limit 30 procent odnoszący się do określonych grup uczniów nieposiadających włoskiego obywatelstwa. W szkole podstawowej dotyczy on dzieci, które nie urodziły się we Włoszech lub nie uczęszczały przez co najmniej dwa lata do włoskiego przedszkola; w szkołach średnich znaczenie ma wcześniejsza, co najmniej trzyletnia i zakończona powodzeniem edukacja w systemie włoskim.

Rząd przedstawia nowe rozwiązania jako sposób na poprawę integracji i lepsze opanowanie języka włoskiego. Minister edukacji Giuseppe Valditara mówił po posiedzeniu rządu, że około 34 tysięcy włoskich klas ma obecnie ponad 30 procent uczniów z zagranicznym obywatelstwem.

A jak wygląda to w praktyce? Co zrobić w dzielnicy, w której struktura mieszkańców powoduje, że takiej proporcji trudno dochować? Gdzie ma pójść dziecko, dla którego najbliższa szkoła przekroczy limit? Sam dekret przewiduje w takiej sytuacji działania władz oświatowych służące rozłożeniu uczniów pomiędzy pobliskie szkoły, z uwzględnieniem odległości od miejsca zamieszkania.

To dopiero początek tego rozwiązania. Za kilka lat będzie można ocenić, jak zadziałało w praktyce.

Nowy Jork. Inna historia, podobne pytanie o wspólną szkołę

20 września 2026 roku w The New York Times Magazine ukazał się bardzo osobisty esej reporterki Nikole Hannah-Jones zatytułowany „In Fighting for Every Black Child, Did I Betray My Own?”. Dotyczy segregacji rasowej i ekonomicznej amerykańskich szkół, a więc problemu samej obecnośći w szkole uczniów przybywających z zagranicy. Hannah-Jones od ponad dwóch dekad zajmuje się nierównościami w edukacji. Tym razem napisała jednak nie tylko jako reporterka, ale także jako matka. Wraz z mężem świadomie posłała córkę do publicznej szkoły na Brooklynie, do której uczęszczały przede wszystkim czarne dzieci, w dużej części z rodzin o niższych dochodach. Chciała również własnym wyborem sprzeciwić się segregacji, o której od lat pisała. Po latach córka zaczęła pytać rodziców o to, jak ta decyzja wpłynęła na jej edukację.

Jak widać problem obecności dzieci różnych narodowości i różnego statusu materialnego może leżeć jeszcze gdzie indziej. Może jest nim wyzwanie do dyrekcji i nauczycieli, aby zawsze stwarzać klasy ze zrównoważonym poziomem edukacyjnym.

„Dobrze, że jesteś, ale…”

Jest jeszcze coś, czego nie załatwi rozporządzenie, limit ani dodatkowa godzina języka. Dziecko bardzo szybko wyczuwa, czy jest traktowane jak uczeń, który potrzebuje trochę więcej pomocy, czy jak kłopot, który pojawił się w szkole.

Nie trzeba mówić tego wprost. Wystarczy westchnienie, kiedy po raz kolejny czegoś nie rozumie, żart kolegów, na który nikt nie reaguje, albo ciągłe przypominanie, że przez nowych uczniów wszystko stało się trudniejsze.

O migracji trzeba rozmawiać poważnie. Państwo ma prawo ustalać zasady pobytu, wymagania językowe i sposób organizacji edukacji. Można dyskutować o oddziałach przygotowawczych, limitach czy rozmieszczeniu uczniów pomiędzy szkołami. Nauczyciel ma jednak przed sobą konkretnego ucznia, nie abstrakcyjny „problem migracyjny”.

Kunkujan Mariama

Kilka razy pracowałem w Gambii wraz z wolontariuszami, między innymi w Kunkujan Mariama. Pamiętam muzułmańskie dzieci uczące się w szkole prowadzonej przez salezjanów. W kraju, w którym ogromną większość mieszkańców stanowią muzułmanie, chrześcijanie są niewielką mniejszością, a jednak rodzice powierzają swoje dzieci prowadzonej przez nich szkole.

Z tych pobytów został mi prosty obraz. Dzieci przychodziły do szkoły ze swoją religią, kulturą i rodzinnym światem. Nie trzeba było tych różnic usuwać, żeby mogły siedzieć w jednej klasie, uczyć się i być częścią tej samej szkolnej społeczności.

I chyba tego właśnie nie wolno zgubić także u nas.

Polska szkoła ma prawo uczyć języka polskiego, naszej historii i kultury, stawiać wymagania oraz oczekiwać respektowania wspólnych zasad. Dziecko przybywające z innego kraju przynosi jednak ze sobą własny język, historię rodziny, religię i doświadczenia, których często nie znamy. Trzeba nauczyć się z tym pracować. Dzisiaj w naszych szkołach uczy się prawie ćwierć miliona dzieci i młodych ludzi z innych krajów. Pytanie, czy polska szkoła będzie kulturowo różnorodna, jest więc już trochę spóźnione. Ona taka jest.

Znacznie ważniejsze jest inne: czy potrafimy zbudować szkołę, w której dziecko przyjeżdżające z Ukrainy, Ghany, Indii, Niemiec czy Hiszpanii po pewnym czasie będzie mogło powiedzieć nie tylko „chodzę tutaj do szkoły”, ale także: „to jest moja szkoła”?

obraz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *