projekt bez nazwy(31)

Motywacja ma twarz ucznia

⏱ czyta się 10 minut

Za chwilę rozpocznie się nowy rok szkolny. W szkołach trwają jeszcze rady pedagogiczne, układane są plany, pojawiają się ostatnie zmiany organizacyjne. Nauczyciele wracają po wakacjach. Jedni wypoczęci, inni pewnie z poczuciem, że wakacje minęły zdecydowanie za szybko.

Wracają też do szkoły, która po raz kolejny się zmienia. Kolejna reforma, nowe wymagania, nowe rozwiązania i pytania o to, jak będzie wyglądała edukacja za kilka miesięcy i za kilka lat. Dla nauczyciela oznacza to konieczność ponownego odnalezienia się w rzeczywistości, na którą często ma niewielki wpływ.

Jedni wracają z ciekawością spotkania z uczniami i nowymi pomysłami. Inni już czują ciężar tego, co dobrze znają: dokumentów, oceniania, trudnych rozmów, odpowiedzialności, oczekiwań rodziców i spraw, które trzeba zrobić „na już”.

Dużo mówimy o motywacji ucznia. Jak go zainteresować, zachęcić, pobudzić do działania. Znacznie rzadziej pytamy o motywację tego, który codziennie ma stanąć przed klasą. A przecież nauczyciel też może ją stracić. I chyba nie dzieje się to jednego dnia.

Dlaczego jednego nauczyciela się pamięta?

Przez wiele lat pracy dyrektora szkoły słyszałem od rodziców i uczniów opinie o nauczycielach. Po zebraniach, podczas rozmów, czasami zupełnie przypadkowo. Powtarzało się zdanie: Lubię i szanuję tego nauczyciela”. Zawsze zwracało moją uwagę połączenie tych dwóch słów: lubię i szanuję.

Z mojego doświadczenia wynikało, że uczniowie najbardziej cenili nauczycieli życzliwych i empatycznych. Takich, przy których można było się uśmiechnąć, zapytać, czegoś nie wiedzieć, czasem popełnić błąd. A jeśli do tego nauczyciel potrafił ciekawie prowadzić lekcję i stawiać sensowne wymagania, zostawał w pamięci na długo.

Nie chodziło więc o nauczyciela, który wszystko ułatwiał. Przecież młodzi potrafią przyjąć wymagania, czasem naprawdę duże, jeśli widzą w nich sens i czują, że człowiek, który je stawia, jest po ich stronie.

W jednej z ostatnich rozmów wakacyjnego cyklu podcastu „Nieoczywista Edukacja” usłyszałem od Elżbiety Warulik, polonistki, dydaktyka i nauczycielki z wieloletnim doświadczeniem, zdanie, które dobrze tę myśl dopełnia:

„Wszystko zależy od człowieka, od nauczyciela, jego serca i miłości do zawodu. To jest najważniejsze”.

Bo możemy znać najnowsze metody, korzystać z nowych technologii, przygotować świetną prezentację i poprawnie zrealizować program. Możemy po raz kolejny dostosować się do reformy. Ale młody człowiek ostatecznie nie spotyka metody, programu czy reformy.Spotyka nauczyciela.

I chyba właśnie dlatego uczniowie tak szybko rozpoznają, czy człowiekowi, który stoi przed nimi, naprawdę zależy. Nie tylko na wyniku sprawdzianu, na nich samych.

Widać to w drobiazgach. W sposobie rozmowy, w cierpliwości, kiedy ktoś po raz kolejny czegoś nie rozumie, w tym, czy nauczyciel zauważy ucznia, który nagle przestał się odzywać. Nawet w sposobie reagowania na błąd.

Oczywiście samo dobre serce nie wystarczy, aby być dobrym nauczycielem. Potrzebna jest wiedza, warsztat, konsekwencja i umiejętność stawiania wymagań. Ale bez wewnętrznego przekonania, że ta praca ma sens i że uczeń jest ważny, z czasem wszystko staje się znacznie trudniejsze.

Przypomina mi się panna Stacy z Ani z Zielonego Wzgórza. Nauczycielka, pod której wpływem Ania zaczyna się rozwijać, nabiera odwagi, chce więcej. Montgomery opisuje ją jako osobę, która potrafiła wydobywać z uczniów to, co najlepsze.

Lubię ten obraz nauczyciela. Nie człowieka, który ma ucznia „uformować według wzoru”, ale tego, który pomaga mu odkryć możliwości, których być może sam jeszcze w sobie nie widzi.

Po co właściwie zostaje się nauczycielem?

To pytanie nie jest tylko przedmiotem naszych nauczycielskich rozmów. Od lat próbują na nie odpowiadać także badacze. Helen Watt i Paul Richardson pokazali, że powodów wyboru tego zawodu jest wiele. Stworzyli model FIT-Choice, który pomaga je uporządkować.

Są ludzie, którzy po prostu lubią uczyć. Są tacy, którzy chcą pracować z dziećmi i młodzieżą. Inni widzą w edukacji możliwość wpływania na przyszłość młodych ludzi i społeczeństwa. Są też sprawy bardzo zwyczajne: stabilność zatrudnienia, możliwość pogodzenia pracy z życiem rodzinnym czy warunki pracy.

I dobrze, że o nich mówimy. Nie chciałbym idealizować zawodu nauczyciela. Człowiek nie utrzymuje rodziny „poczuciem misji”. Potrzebuje godnego wynagrodzenia, bezpieczeństwa, dobrych warunków pracy i przekonania, że jego zawód jest społecznie szanowany.

Jednocześnie bardzo mocno powraca coś jeszcze: poczucie społecznego znaczenia tej pracy. Chcę pracować z młodymi. Chcę pomóc im się rozwijać. Chcę mieć wpływ na ich przyszłość.

Polskie wyniki TALIS 2024 pokazują to wyjątkowo wyraźnie. 88% nauczycieli podkreśla znaczenie pracy z dziećmi i młodzieżą, a 74% wskazuje jako bardzo ważną możliwość wpływania na przyszłe pokolenia i wkład w rozwój społeczeństwa. Co ciekawe, aż 99% deklaruje, że lubi swój przedmiot.

To brzmi bardzo zwyczajnie. I chyba właśnie dlatego jest ważne.

Nauczyciel zaczynający swoją zawodową drogę najczęściej nie przychodzi przecież do szkoły z nastawieniem: zrobię minimum i jakoś dotrwam do emerytury. Przychodzi z pomysłami. Chce być dobry.

Pamiętam młodych nauczycieli rozpoczynających pracę. Ich przygotowania, pytania, czasem niepokój przed pierwszą samodzielną lekcją. Było w tym sporo energii, ale też bardzo ludzkiego pragnienia, żeby sobie poradzić i być dla uczniów kimś wartościowym.

I właśnie dlatego tak ważne jest inne pytanie: Co dzieje się później?

Kiedy zaczyna znikać sens

Utrata motywacji rzadko rozpoczyna się od zdania: „już mnie uczniowie nie obchodzą”.

Czasami wręcz przeciwnie. Najpierw komuś bardzo zależy. Bierze dodatkowe zadania. Przygotowuje się. Martwi się niepowodzeniami uczniów. Próbuje jeszcze raz. Zostaje dłużej. Odpowiada na wiadomości. Myśli o szkolnych problemach także wtedy, gdy dawno powinien już zajmować się czymś zupełnie innym.

A później zaczyna brakować sił. Nie chcę tworzyć tutaj prostego schematu, bo każdy człowiek przeżywa to inaczej. Warto jednak przywołać badanie Claude’a Ferneta i jego współpracowników obejmujące 806 nauczycieli. Pokazało ono coś, co wielu pedagogów zna z własnego doświadczenia:

Im większe przeciążenie i trudności związane z zachowaniem uczniów, tym łatwiej słabnie autonomiczna motywacja, a wraz z nią rośnie ryzyko wyczerpania emocjonalnego”

Edward Deci i Richard Ryan opisują także amotywację. Nie jest ona po prostu lenistwem czy brakiem charakteru. Może pojawiać się wtedy, gdy człowiek nie czuje się wystarczająco kompetentny, przestaje dostrzegać związek między swoim działaniem a rezultatem albo traci przekonanie, że to, co robi, ma wartość.

W szkole nie trzeba znać tego terminu. Wystarczy zacząć mówić: „I po co ja się staram?”To zdanie jest znacznie poważniejsze, niż może się wydawać. Bo między zmęczeniem a utratą sensu istnieje różnica. Można być bardzo zmęczonym i nadal wiedzieć, po co coś robimy. Gorzej, kiedy człowiek przestaje widzieć związek między swoim wysiłkiem a tym, co dzieje się z uczniem. Wtedy może pojawić się dystans, a z czasem nawet obojętność. I właśnie ona w zawodzie nauczyciela jest szczególnie niebezpieczna.

Nauczyciel też potrzebuje uważności

Dane z TALIS 2024 warto przeczytać nie po to, aby kolejny raz udowadniać, jak źle mają nauczyciele. Pokazują raczej, gdzie znajdują się miejsca szczególnego napięcia.

W Polsce 46% nauczycieli klas 5–8 wskazuje odpowiedzialność za osiągnięcia uczniów jako znaczące źródło stresu. Dla 44% jest nim reagowanie na problemy zgłaszane przez rodziców i opiekunów, również 44% wskazuje nadmiar pracy administracyjnej. (OECD)

Instytut Badań Edukacyjnych zwraca dodatkowo uwagę, że ponad 38% nauczycieli doświadcza stresu zawodowego w znacznym lub dużym stopniu, 30% mówi o negatywnym wpływie pracy na zdrowie psychiczne, a 37% czuje, że praca nie pozostawia wystarczająco dużo czasu na życie osobiste.

To nie są małe liczby. Ale jest w tych samych badaniach również druga strona. 88% polskich nauczycieli deklaruje, że ogólnie jest zadowolonych ze swojej pracy. (OECD)

Zatrzymałbym się przy tym wyniku, bo przez lata pracy w szkole właśnie taki paradoks obserwowałem bardzo często. Nauczyciel narzekał na dokumentację, plan lekcji, kolejną zmianę przepisów, wprowadzaną innowację. Czasem był naprawdę zmęczony. A chwilę później mówił z ogromnym przejęciem o uczniu, któremu coś zaczęło wychodzić. O klasie, z którą wreszcie udało mu się znaleźć wspólny język. O kimś, kto zrobił postęp.

I właśnie tam ciągle była motywacja. Nie w papierach. W konkretnym człowieku.

Dlatego nauczyciel powinien umieć zauważyć także siebie. Moment, kiedy coraz mniej cieszą go sukcesy uczniów. Kiedy irytacja staje się pierwszą reakcją. Kiedy każda dodatkowa prośba zaczyna męczyć bardziej niż kiedyś. Kiedy pojawia się coraz większy dystans. Powinien to robić nie po to, aby natychmiast postawić sobie diagnozę: „wypalenie zawodowe”. Raczej po to, żeby nie przeoczyć pierwszego sygnału.

Nie trzeba codziennie zmieniać świata

Co więc robić z własną motywacją?

Nie wierzę w wielkie programy motywacyjne i comiesięczne finansowe dodatki motywacyjne dla nauczycieli, zwłaszcza jeśli sprowadzają się do przekonywania zmęczonego człowieka, że powinien być jeszcze bardziej zaangażowany. Czasami potrzebuje dokładnie czegoś odwrotnego: odpocząć, powiedzieć „nie”, nie zabierać kolejnej pracy do domu, porozmawiać z kimś albo poprosić o pomoc.

Motywacja nie oznacza przecież nieustannej gotowości do poświęcenia. Można natomiast świadomie szukać małych dowodów tego, że nasza praca ma sens.

Przez lata nauczyłem się, że szkołę bardzo łatwo oceniać przez to, czego nie udało się zrobić: nieprzerobiony materiał, słaby wynik, problem wychowawczy, konflikt z rodzicem czy spóźniony dokument. Znacznie rzadziej zatrzymujemy się przy tym, co się udało.

Uczeń wreszcie coś zrozumiał, ktoś zdobył się na odpowiedź, choć wcześniej bał się odezwać. Ktoś inny przyszedł porozmawiać, bo uznał, że nauczycielowi może zaufać. Jeszcze ktoś po miesiącach niepowodzeń zrobił mały krok. Z perspektywy szkolnej statystyki czasami prawie nic się nie wydarzyło, ale z perspektywy tego ucznia mogło wydarzyć się bardzo dużo.

Dlatego zamiast kolejnej listy sposobów „jak się zmotywować”, zostawiłbym nauczycielowi trzy pytania. Sam chciałbym o nich pamiętać:

Po co dzisiaj wchodzę do tej klasy?
Na co rzeczywiście mam wpływ?
Czy komuś dzisiaj pomogłem zrobić choć jeden krok?

Nie trzeba każdego dnia zmieniać świata. Czasem wystarczy nie przeoczyć człowieka.

„Dla was…”

Jest jedno zdanie Jana Bosko, twórcy wychowawczego systemu prewencyjnego, do którego często wracam:

Dla was studiuję, dla was pracuję, dla was żyję i dla was gotów jestem oddać także życie”.

Jan Paweł II przywołał te słowa w liście Iuvenum Patris jako syntezę podstawowego wyboru wychowawczego Jana Bosko.

Nie lubię odczytywać tych słów jako wezwania do nauczycielskiego heroizmu rozumianego w ten sposób, że dobry wychowawca ma pracować bez granic, zawsze być dostępny i zapomnieć o sobie. Jan Bosko mówi tutaj przede wszystkim, dla kogo wykonuje swoją pracę. I to jest dla mnie istotna różnica.

Nowy rok szkolny przyniesie zapewne to wszystko, co znamy: dokumenty, zebrania, trudne dni, sukcesy i niepowodzenia. Będą uczniowie, z którymi od razu znajdziemy wspólny język, i tacy, do których długo będziemy szukali drogi.

Nie ze wszystkim sobie poradzimy, nie każdego ucznia przekonamy i nie wszystkie problemy rozwiążemy. Dobrze byłoby więc nie stawiać sobie na początku września nierealnego zadania bycia nauczycielem idealnym. Jest jednak coś, na co mamy wpływ. Możemy próbować nie zgubić człowieka.

Bo można świetnie zrealizować program, a ucznia prawie nie zauważyć. Można mieć uporządkowaną dokumentację, wysokie wyniki i jednocześnie nie wiedzieć, że człowiek siedzący w trzeciej ławce od kilku tygodni przeżywa coś bardzo trudnego. Można też nie zdążyć ze wszystkim, a powiedzieć jedno zdanie, które ktoś zapamięta na lata.

Dlatego u progu nowego roku szkolnego bardziej niż pytanie: „Czy dam radę zrobić wszystko?”, interesuje mnie inne: Czy uczeń, który usiądzie przede mną, będzie mógł odczuć, że naprawdę zależy mi również na nim?

Bo kiedy nauczyciel zgubi odpowiedź na pytanie „dla kogo?”, wcześniej czy później zaczyna gubić także odpowiedź na pytanie „po co?”.

A motywacja nauczyciela, przynajmniej ta najtrwalsza, ma ostatecznie twarz konkretnego ucznia.

kopia – projekt bez nazwy(1)
ks. Jerzy Babiak

Pedagog i wieloletni dyrektor szkół, zaangażowany w refleksję nad kulturą szkoły i wychowania. Zwolennik edukacji pogłębionej, która pomaga młodemu człowiekowi odnaleźć sens, odpowiedzialność, spełnienie i miejsce w nagle zmieniającym się świecie. Twórca podcastu Wiarygodna Edukacja oraz autor i prowadzący audycję Trudne Sprawy w Radiu Rodzina we Wrocławiu. Twórca projektów solidarnościowych i inicjatyw misyjnych realizowanych w Afryce, Azji i na Syberii.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *